Złoty dla plebsu !!

..w życiorysie Pabla Picasso znanego hiszpańskiego artysty możemy przeczytać o „okresie różowym i niebieskim ” jego twórczości.

Złoty niskobudżetowy, okres malarstwa Extreme Painting!! –

Wyruszyliśmy w Tatry by odkryć jego odcienie i naturalne złoża zaklęte w zboczach Żółtej Turni, której zresztą nazwa podchodzi od barwy porostu zasiedlającego tutejsze powierzchnie skalne zwanego wielosporkiem jaskrawym (Acarospora oxytona).  Kolor żółty w malarstwie jest niezwykle interesujący… Po pierwsze dopełnia barwę niebieską, która jest przecież tak charakterystyczna dla rejonu górskiego. Jednak sprawa rozróżnienia koloru żółtego w malarstwie nie jest taka prosta, ponieważ użyć możemy kilku żółtych pigmentów: żółty kadmowy; żółty cytrynowy; żółty cynkowy; żółty neapolitański; żółty chromowy… brrr. Dodatkowo kolor żółty może być tonem ciepłym o odcieniu lekko czerwonawym (tzw. żółty słoneczny) oraz o odcieniu zimnym (tzw. żółty cytrynowy) z wibracją dynamicznej nuty energetycznej lub jej brakiem. W historii malarstwa europejskiego kolor żółty często zastępował szlachetny kolor złoty (czyli żółty jako złoty niskobudżetowy, czyli złoty dla plebsu), a przecież góry często skąpane w słońcu przypominają pozłocony drobinkami  złota posąg zastygły w śnie wiecznym. Jednak użycie koloru żółtego ma czasem negatywny wydźwięk wibracyjny i reprezentuje cechy zdrady i fałszu, złych zamiarów i bezwstydu, wrogości i przestępczości. Stąd symbolika stroju u braci Daltonów… Kolor ten pełen absurdów był, jest i za pewne będzie.

Piramida egipska w wymiarze górskim

W czasie drogi odkryliśmy jeszcze jeden żółty wymiar Żółtej Turni z żółtym słońcu… Podchodząc na wysokości Hali Gąsienicowej zauważyliśmy, że strona północna równiutko pokryta świeżo spadłym puchem przypomina kształtem rozłożystą piramidę, czyli słoneczny Egipt w zimowej stolicy europy (przynajmniej dla  ruskich Rusków z ruskiej Rosiji)

Tego dnia nieustannie doświadczaliśmy żółtkostwości, która za sprawą nadwyraz silnie świecącego słońca obejmowała wszystko dookoła swoją promienną barwą.

Tym razem  w projekcie po raz pierwszy nie jesteśmy sami. Mamy zaszczyt gościć Bartłomieja Oleszkę – wybitnego przyrodnika, fotografa, taternika jaskiniowego (warto w tym miejscu wspomnieć, że jego publikacje znajdują się na tzw. Liscie Filadelfijskiej czego mogą mu pozazdrościć nawet profesorowie uniwersyteccy). Jego odwaga i sława echem roznosi się po świecie. Nadmienimy, że należy do niewielkiego grona osób, które   bez szwanku przeżyły porwanie przez lawinę. Ale to przede wszystkim Człowiek –  PRZYJACIEL.

 

Żółta Turnia Team

Łatwo być nie może…

Tym razem dla odmiany,  towarzyszami naszej podróży stały się narty i buty przytroczone do plecaka którego ciężar odbijał się niczym pieczątka na naszych ramionach i plecach. Szliśmy z nastawieniem zdobycia Zadniego Granatu, Zawratu albo owej Żółtej Turni., Po drodze na zamarzniętej tafli czarnego stawu spotkaliśmy znajomych testerów Powderboarda którzy właśnie wycofywali się z drogi na Zawrat bo jak powiedzieli śnieg dudnił i stwarzał duże zagrożenie lawinowe. Tym razem góry szybko weryfikują nasz cel… Zdobycie szczytu na ten dzień zostaje więc rozważnie ustalony – i nie zostaje nim bynajmniej Żółta Turnia, która przyciągała nas swoim majestatem… i pogodnym obliczem z słonecznym żółtym odcieniem.

Cytrynowe jęzory lawinisk, śnieżne telewizory

Zostawiając zbędny balast  nieopodal Czarnego Stawu Gąsienicowego ruszyliśmy na nartach zakosami  w kierunku Skrajnego Granatu… Zmroziło nam krew w żyłach, kiedy zorientowaliśmy się, że stąpamy po jęzorze starego lawiniska, a tuż przed nami  widnieje kolejna tym razem świeża lawina… Jakby tego było mało z Granatów i Żółtej Turni chwilami przesypywały się niewielkie ilości śniegu, dudniąc po całej dolinie… Żwawo ruszyliśmy do góry. Ciągle jednak obserwując teren dookoła i rozmyślając czy aby nie nadszedł czas naszego wycofu (jak grupa powderboarda).  Po dotarciu na pozornie bezpieczne miejsce (niewielką grzędę z wystającymi dużymi głazami) odetchnęliśmy  i obserwując bieżące warunki stwierdziliśmy z pokora, że jest na tyle niebezpiecznie, że pomimo sił nie możemy ruszyć wyżej bo z Żlebu prowadzącego  na Żółtą Przełęcz zaczęły schodzić małe lawiny…

Linia na szczyt prowadziła tylko tą drogą a ruszenie dalej równało się z wejściem w teren gdzie lawiny zaczęły już samoistnie się uruchamiać. Postanowiliśmy rozłożyć naszą narciarską sztalugę na owej grzędzie na której staliśmy.

Tknięci kolejna porcją rozwagi stwierdziliśmy, że chyba wypada zastosować wycof bo wibracja pędzlem w tym miejscu może spowodować, że nadchodząca lawina zemnie tak cenny papier akwarelowy.. W mgnieniu oka wielkość schodzących lawin zaczęła  wzrastać. Śnieżne telewizory, odpadające kilkanaście metrów wyżej z topniejących nawisów  zaczęły przelatywać obok nas niczym  komety. Na raz pojawił się głośny grzmot schodzącej lawiny… tym razem już się nie zastanawialiśmy tylko w momencie  wymieniając się porozumiewawczym spojrzeniem postanowiliśmy … podjąć debatę, „bo warto rozmawiać”.. hm.. więc.. zważywszy na obfite opady śniegu trwające przez cały ubiegły tydzień.., trzeci stopień zagrożenia lawinowego oraz latające telewizory i samoczynnie zjeżdżające lawiny … w sumie to nawet są ciężkie warunki

..musimy z pokorą zmienić ustalone żelazne plany… Nie raz na własnej skórze doświadczaliśmy pokory w górach, lecz za każdym razem lekcja ta ma inny charakter. Być blisko celu,  wręcz na wyciągnięcie ręki, mieć siły do zdobycia, okno pogodowe, fotografa… – i nie zdobyć go?? z szacunku do życia bo warunki górskie są zbyt ryzykowne.. W dół!!! W dół!! w dół!!! K….wa w dół!!!!

 Batalia awaria

Bartek ruszył pierwszy… i po dwóch zakrętach przekoziołkował w powietrzu z powodu… jak czytamy w raporcie komisji śledczej.. ” uszkodzenia ski stopera”. YHY.  Narta błyskawicznie potoczyła się na dół i wyjechała na przeciwległy stok… – druga zatrzymała się u podstawy stoku. Bartkowi na szczęście nic się nie stało, tylko ze względu na zagrożony teren ruszył biegiem w dół aby skrócić czas przebywania w strefie śmierci… a ja kreśląc na  śniegu zgrabne półkoła  delektowałam się zjazdem  dając się ponieś, śnieżnej fantazji…

po otrzepaniu pyłu przeżyć zobaczyliśmy, że pozostawione u szczytu rzeczy padły łupem przypadkowego przechodnia przelatacza, szanownego pana kruka, który nie umiejąc otwierać zamka błyskawicznego, prostacko wygryzł dziurę w torbie z balastem górskim.

Symfonia niskobudżetowej żółcieni

Miotani tego dnia bliskim doświadczeniem śniegu już na dobre zakotwiczając narty na szczycie Małego Zawratu zaczęliśmy malować „swoisty, swojski, góralski, górski akt- przeakt” przerywany jedynie głośnym schodzeniem lawin oraz zjazdami z górki na pazurkiczekanie i folii NRC.

Painting Point

Kiedy ostatni promień słońca wyślizgnął się z obrazu wtedy pędzel po raz ostatni dotknął podobrazia i  zaczął się szalony czas  freeskiing. Pozostawiliśmy po sobie niknące świetlane ślady będące cichym świadkiem wydarzeń, które niczym cień stały się historią.

Na koniec odczuliśmy dozę negatywnego, bandyckiego oddziaływania żółcieni – zlinczowani promieniami słonecznymi staliśmy się gangiem buraczanych twarzy..

Jeszcze raz zerkając na powstały słoneczny obraz  z górskiej krainy pragniemy niebawem powrócić tam by przemierzać przestrzeń górską w złocistych jej odbłyskach.