norwegia survival #1

… ze statutem bezdomności (taka szara plakietka wydawana ongiś gratis przez Bronisława K., a wręczana przez Panią Ewę),z biletami do Norwegii w ręku, z walizką pełną jedzenia (bo tam drogo) i z dwoma plecakami wypełnionymi akcesoriami do przetrwania za granicą koła podbiegunowego (namiot, palnik campingowy, folia NRC, scyzoryk, kurtka, sznurek, majtka and skarpetka termoactiv merinowoll itp. ) zostaliśmy wyrzuceni z samochodu marki opel (dla chętnych parkuje przy ul. Krowoderska 52, Kraków) na Cracow Airport.

…aaa kołdra pod którą spałem od zawsze, a dostałem ją na Pierwszą Komunię od Babci Stefci, została w wyżej wspomnianym oplu. Do dziś już jej nie spotkaliśmy, a piszemy to miesiąc po powrocie z Norwegii. Do Pana z opla –  gdzie jest nasza kołdra?!… cóż poszła na ręcznie robione śpiwory w przerwach gdy nie ma kliyenta w Alpamayo.eu :P)

Z uwagi na fakt prawdziwy, że w Norwegi pożywienie jest expensif drogie wykazaliśmy się sprytem „made in Poland” i postanowiliśmy zabrać dodatkową torbę wypełnioną jedzeniem (taką na kółkach jak babcie w moherowych antenkach ciągną za sobą na zakupy). By to wszystko przemycić za granicę zabukowaliśmy bilety z bagażami standard podręcznymi po 10 kg na głowę i jeden bagaż nadawany do 15 kg. Dodatkowo przelatacz z Irlandii pozwala wnieść małą torebkę więc znaleźliśmy patent na dodatkowe kilogramy by potem wykorzystać ją w wyprawach Light and Fast (taki wyczynowy sprzęt zakupiliśmy w popularnym sklepie DHECAZIESIĘCIOBÓJ po 4zł sztuka – ps. bez reklamy bo nam za nią nie płacą).

Liposukcja

Czekając na odprawę i gawędorząc z przemiłym małżeństwem amerykanów rodem z wsi podkrakowskiej, stwierdziliśmy, że na lotnisku zrobimy wstępne ważenie ekwipunku (tab. 1.):

Tab.1.

tabela

I tu pojawił się mały problem. Co zrobić z prawie dwudziestoma kilogramami bagażu, którego już i tak wypełnione kieszenie spodni nie zmieszczą. Okej, można dokupić bagaż za jedyne 365 zł (ale dla nas to bagatelna kwota) albo zostawić na lotnisku namiot, 10 makaronów, 6 puszek makreli, 2 kilo ryżu, 3 kaszy, 6 puszek fasoli, 2 kilo kabanosów podsuszanych, 7 chlebów… – nie do zaakceptowania. Wielka improwizacja, kilka uśmiechów i …  nie możemy zdradzić jak, ale udało nam się nie dopłacając ani złotówki, a wypijając jedynie kilka litrów płynów, przetransportować to wszystko na drugą stronę Bałtyku.

Polisz Worker drinking Vodka

Usadowiliśmy się wygodnie w fotelach. Zapieliśmy pasy i rozpoczął się Airszoł pt. Polisz Worker drinking Vodka. Z uwagi na dużą dawkę wstydu odczuwalnego, aż w szpiku kości, relacje i recenzję z tego pokazu polskiej „mniejszości Narodowej” (oby GUS się nie mylił) o nazwie hołota – pozwolimy sobie przemilczeć.

Death Krasnal City

Stanęliśmy na obczyźnie, nie mając specjalnie planów, w którą stronę ruszyć. Byliśmy na południu, więc nie pozostało nic innego jak uderzyć ku północy.

IMGP4207

Tak łapiąc stopa dotarliśmy wczesnym wieczorem do Oslo, a że noc zbliżała się nie mogliśmy pozostać w miejskiej dżungli z uwagi na rozliczne mieszczańskie niebezpieczeństwa przyrodnicze i brak miejsca do rozbicia namiotu (niebawem mit ten zostanie pogromiony). Dalej stopując trafiliśmy na opuszczony i nieczynny camping położony nad malowniczym jeziorkiem. Dziwiliśmy się dlaczego takie urokliwe miejsce z zabudową małodomkową świeci pustkami. Wyglądało jak Death Krasnal City. Noc odsłoniła przed nami tę zagadkę – nieopodal znajduje się lotnisko, a grzmiący ryk silników płoszy wszystkich chętnych do pozostania tu urlopowiczów, a że jest to główne lotnisko Oslo samoloty odlatując stąd co kilkanaście minut, zaburzając szum ekologicznego wiatru i przepływ myśli. Byliśmy tak zmęczeni poprzedniego dnia, że dopiero cisza nocy otworzyła nasze uszy, by usłyszeć te wirujące łopaty odrzutów.

IMGP4241

IMGP4227

Polskie Ku..wy o poranku

O świcie z duńską pielęgniarką i jej krwiożerczą bestią zamkniętą w klatce na tylnym siedzeniu, ruszyliśmy Jeppem dalej na północ. Dojechaliśmy do Lillehamer – miejsca znanego każdemu fanatykowi Adama Małysza i nieletnim dziewczynom, które całowały telewizor jak Martin S. stawał na rozbiegu tej skoczni. Niestety deszczowa pogoda zachęciła nas do zwiedzenia jednego zabytku tego miasta – piękny przydrożny  MC Donaldos wabił do wejścia w jego nieskromna architekturę i skorzystania z dostępnego tam powszedniego, powszechnego internetu.

IMGP4259

Risercz warunków pogodowych sprawił, że tego samego wieczoru tuż przy wiejskiej szkole,  pod dachem starej stodoły, oddalonej o pięćset kilometrów na północ od wyżej wspomnianego MC Donalda, rozbiliśmy nasz namiot. Według prognoz im bliżej bieguna północnego tym mniej deszczów. Tymczasem obok stodoły deszcz padał rzęsiście, a nasza radość była wielka, że nic nam nie przemaka.  Noc była szybka. A poranek…?

A o poranku obudziły nas polskie Ku…wy…,

Polskie ku..wy wydobywające się z nadwiślańskich ust.

To nasi !!!

Wysiedli z białego busa i ruszyli szturmem do działań remontowo-wykończeniowych w budynku wiejskiej edukacji. My zwinęliśmy namiot i kilka godzin później wraz z rodowitym Norwegiem pochodzenia srilankowego, łamaliśmy barierę geograficzną koła podbiegunowego. Otoczyła nas karłowata roślinność, której surowy klimat nie pozwala wzrastać. Wszechobecny śnieg wzdrygnął w nas dreszczem… Biegające na wolności, bezrobotne zaprzęgi Świętego Mikołaja, uświadomiły nam gdzie my tak naprawdę jesteśmy. Niczym grom uderzyła w nas myśl – jak będziemy spać w nocy, w namiocie, w zwykłych śpiworach? Jak dotąd przebywająca w naszych wnętrznościach świadomość lipca i lata nie budziła żadnego niepokoju termicznego. A tu śniegowo-mikołajowy shox . Do allinkluzif brakło tylko białego, polarowego, polarnego niedźwiedzia.

IMGP4275

Dojechaliśmy w okolice miejscowości Røkland, mijając po drodze niesamowite górskie rzeki, których wielkość i wzburzoność była tak nieprawdopodobna, że aż nieprawdziwa. Jakby ktoś włączył nam Nat Geo Wild w 7D Full Full HD & 4K. Na szczęście rasowy śnieg  był tylko w mijanym przez nas Saltfjellet –Svartisen National Park, który jest położony nieco wyżej nad poziomem morza. W Røkland jedyny lód który dostrzegliśmy to ten z wafelka, szybko znikający w ustach odjeżdżającego kierowcy. Nad brzegiem rzeki rozpaliliśmy ognisko, a namiot rozbiliśmy w czymś co przypominało przystanek dla wędkarzy. Noc nie była upalna, a niedźwiedzie nie ryczały – przeżyliśmy.

IMGP4296

Bóg jest łaskaw

Główna droga na północ Norwegii swoją objętością na mapie dawała poczucie bezpieczeństwa autostopowego. Niestety tylko wirtualnie. Samochody jeżdżą tu z takim natężeniem że… około 1 samochód, a czasem dwa mijają nas na każdą ćwierćgodzinę, HYH, ugrzęźliśmy pośród lasu i kniei. Od rana do popołudnia przejechaliśmy tylko ok. 15 km. Sytuacja była tak dramatyczna, że postanowiliśmy iść drogą, żeby nie zamarznąć. Zaczęliśmy poważnie zastanawiać się czy jest sens brnięcia w ten północny bezludny, leśny, bezkres. W końcu dwójka czarnoskórych Panów Norwegów podrzuciła nas, aż około 40 km, do miasta Fauske. Jak się później dowiedzieliśmy od lokalsów, miasto to słynęło z dealerów narkotykowych i wysokiej liczby narkomanów ćpających sobie w tej pięknym zakątku świata. Rozbiliśmy się w lesie tuż za miastem.

IMGP4331

Po deszczowej, burzowej nocy kolejny dzień spędziliśmy owocnie przy drodze, łapiąc stopa. Niestety po całym dniu trzymania kciuka, nikt nas nie zabrał… Może kierowcy byli na takim haju, że nas nie zauważyli. Cóż, pozostał odwrót w te same krzaki na kolejną noc. O poranku Bóg był dla nas bardziej łaskawy. Już o 9 jechaliśmy do Lodingen, miasta bramy mistycznej przyrody Lofotów.

Góry w wodzie

Według prognoz pogoda w tej części Norwegii miała objawiać się rasowym słońcem, lekką morską bryzą i drinkami z palemką. Tymczasem lekki deszcz próbował wypłoszyć nas z tej krainy. Nie poddaliśmy się podążając z kolejnymi nowo poznanymi przyjaciółmi w głąb archipelagu.

IMAG1786

IMGP4368

Stojąc przy drodze w małej zatoczce, nagle w oceanie dostrzegliśmy dziwne poruszenie konsystencji wodnej. Dwa dziwne kształty łamały falującą wodę. Bobas i mama delfin wypłynęły na nasze przywitanie, a wraz z nimi nadjechało małżeństwo Niemców z którymi dojechaliśmy do Heningsway. Podobno pięknej wioski, położoną na małych wysepkach stąd nazywanej Wenecją Lofotów. Podobno piękną ponieważ nas jej uroda nie olśniła. Być może z uwagi na pochmurno-przeddeszczową aurę. Z takich fajniejszych atrakcji to spotkaliśmy Polaka w dresach jak szedł do przetwórni sardynek.

IMGP4398

IMGP4405

IMGP4387

Na jednej z wysp wchodzącej w skład wioski, znaleźliśmy ustronne, osłonięte od wichru, miejsce na rozbicie namiotu. W tej części świata wiatry wieją z potężną siłą, a namioty  pomimo, że są modelami manualnymi w pewnych warunkach składają się automatycznie – nawet w nocy o północy. Dlatego znalezienie zacisznego miejsca jest dość strategiczną kwestią. Z tej szyderczej loży, podziwialiśmy walki żółtodziobych namiotowiczów, którzy usiłowali rozłożyć się tuż nad zboczystym, śmiganym wiatrem klifem. Co za fantazja.

Kolejnego dnia za poradą nieilustrowanego przewodnika z makulaturowym papierem, ruszyliśmy w kierunku, gdzie archipelag staje się coraz węższy i głębiej wysunięty w morze oceaniczne. Przybyliśmy do miasta owianego sławą i pochwalnym hymnem zapisanym w każdym przewodniku po Norwegii – Rajskie Reine. Nie będziemy o tym pisać sami zobaczcie.

IMAG1877

1

IMGP4426

IMGP4432

IMGP4454

Kanapkowy system snu

Po kilku dniach bezciemnych nocy, ruszyliśmy z powrotem  na południe. Lofoty, pomimo że panował tu środek lata, były bardzo zimne tego roku. W nocy temperatura oscylowała w granicach kilku stopni powyżej zera, a silny wiatr i wilgotne morskie powietrze sprawiały wrażenie, że jest na minusie. Żeby nie zamarznąć podczas namiotowego snu, stosowaliśmy metodę, polegającą na łączeniu dwóch śpiworów w jeden. Dodatkowo metodę tą wzbogaciliśmy o system kanapowy kanapkowy. Polegało to na tym, że pod namiotem rozkładaliśmy jedną folię NRC ,aby odizolować od zimnego podłoża, a na śpiwory narzucaliśmy drugą tak żeby przykrywała wszystko łącznie z głową, gdyż mroźne powietrze budziło nas ze snu.

Pomimo niespotykanego piękna krainy z Lofotów wydostaliśmy się stąd dość szybko. Uciekaliśmy byle na południe, gdzie świat polarny nie jest, aż tak znacząco odczuwalny.

Egzotyczna Europa

W podróży na południe jechaliśmy jak na oślep – byle szybciej z tej skandynawskiej lodówki.

IMGP4356

Ulewny deszcz dopadł nas po opuszczeniu samochodu przyjaznej Pani nauczyciel. A było to tuż za miastem Fauske. Idąc hajłejem w ulewnym deszczu  z doładowanymi plecakami, z wózkiem na kółkach ciągniętym za sobą, szukaliśmy jakiegokolwiek miejsca, żeby móc rozłożyć namiot i przenocować. Półgodziny szliśmy w tej rzeczywistości. Gdy wkroczyliśmy na wąski most bez pobocza z dodatkowym efektem zakrętu. Chcieliśmy go przejść jak najszybciej by rozpędzone maszynki na kółkach nie zrobiły z nas zupy pomidorowej. Będąc w jego połowie zatrzymał się nagle nadjeżdżający z naprzeciwka samochód. Zobaczyliśmy w nim dwójkę Azjatów. Machali językiem migowym z czego zrozumieliśmy żeby szybko wsiadać. Będąc w tym niebezpiecznym miejscu otworzyliśmy bagażnik, zapakowaliśmy całły ekwipunek i usiedliśmy w suchym, ciepłym wnętrzu samochodu. Młode małżeństwo pochodzenia Srilankowego, które przyjechało na romantyczną podróż poślubną po egzotycznej Europie, zlitowało się nad naszą dolą i przemoczoną skórą. Jak się okazało zobaczyli nas wcześniej, ale w tym ulewnym deszczu na tyle późno, że nie zdążyli się zatrzymać. Nawrócili i wrócili po nas, pomimo iż w tamtym momencie nie trzymaliśmy kciuka w typowym autostopowym geście. Takie mieli dobre serca. On był pilotem w Srilankaairlines, a ona w trakcie dyplomowania się na panią stomatolog. Poznali się w tej samej kaście. To dobrze bo nie musieli uciekać przed zwaśnionymi różnicą kast rodziną. Bardzo mili. Wspólnie opuściliśmy granice miasta Mo i Rana.

Produkcja świeżości ciała

Na kempingu za miastem oni rozbili się na płatnej trawce, a my w bezpłatnym nieopodal sterczącym lesie. Campingi w Norwegii to świetna sprawa dla autostopowicza. Więc warto rozbijać się gdzieś blisko nich. Można i na nich, ale wtedy trzeba uiszczać opłatę postojową. W publicznych kuchniach można się trochę zagrzać, a w łazienkach jest ciepła woda. Wprawdzie trzeba wrzucić żeton żeby się umyć, ale wchodząc we dwoje można ten system łatwo obejść, zabierając ze sobą pustą butelkę po mineralnej. Wtedy ciepłą wodę nalewamy za kabiną prysznicową w tzw. kranie zewnętrznym (bo tam woda za darmo jest ciepła) i podajemy golasowi w kabinie prysznicowej. Na dokładnie umycie się od poziomu czaszki po podeszwy stóp wystarcza trzykrotne napełnienie półtorejlitrowej butelki. Czwarta butelka to już snobstyle.

Czasem na campingach jest dostępny niezabezpieczony internet WI-fi i na facebooku można bez problemu napisać pozdrowienia dla teściowej, załadować mapę i sprawdzić prognozy meteorolopatyczne.

Niestety zaspaliśmy. Srilanka nam uciekła, więc znów musieliśmy polować na autostopa. Zmieniając co chwilę wozy i zbierając podarki, (wędka bez kija z zestawem haczyków, chałwa, cukierki, 100 koron) passa autostopowa pchała nas coraz dalej na południe. Finalnie wieczorem znaleźliśmy się około 50 km na zachód od Trondcheim ,nad rzeką w budce instytutu naukowego badającego łososie. Tam utworzyliśmy bivak center.

IMGP4486

Teraz naszym celem najbliższym stała się słynna trasa Atlantic Way prowadząca spektakularną linią brzegu Atlantyku. Do tego miejsca pozostało jednak ok 150 km. Rzeźbiliśmy ten dystans cały dzień i ostatecznie przejechaliśmy może 70 km. Dzień już łamał się ku wieczorowi, psy szczekały dupami, komary bzykały,  deszcz padał  może nie obficie, ale skutecznie produkując bajoro w butach . Na drodze samochody przejeżdżały z częstotliwością jeden na pół godziny, a tu cud. Zatrzymuje się maleńki samochodzik chyba ten najmniejszy na świecie citroen. Siedzi w nim uśmiechnięty młody człowiek z brodą. Samochód wyładowany bagażami, a na desce rozdzielczej para kijów golfowych pomiędzy, którymi macha lewarkiem.  No to szkoda … chyba nie zmieścimy się z naszym wielkim ekwipunkiem podróżniczym, ale on uśmiechnął się, a my rozepchnęliśmy samochód do granic jego objętości i z wektorem skierowanym na zachód pruliśmy powietrze. Późnym wieczorem dojechaliśmy do miejsca gdzie droga kończy się urywając asfalt w morskiej głębinie. By jechać dalej trzeba przeprawić się promem. Tyle przeżyć na dziś. Idziemy spać.  Namiot rozbity na nabrzeżu, w miejscu w którym wskazał nam brodacz. Tuż przy budce na romantyczne spotkania przy stoliczku, która osłaniała nas od silnego wiatru. Podziękowaliśmy za pomoc i zasnęliśmy snem głębokim.

IMGP4508

Cuda na patyku

O poranku zbudziły nas dziwne odgłosy i szelesty. Stuknięcia szkła, puknięcia metalu i szelest plastiku.  Kroki tuż przy namiocie. Scyzoryk do patroszenia krwiożerczych wrogów już był w pogotowiu.  Odgłosy ustały i ten ktoś albo coś jakby oddalił się. Szybko ubrałem sztuczne futro i wyszedłem. Moim oczom ukazał się taki widok… shox.

IMGP4506

IMGP4507

Wielkie dzięki dla was Przyjaciele!!! 🙂

Śniadanie było wyborne pełne bogactw natury, obfite w wartościowe składniki, a nie produkty First Price i dżem o smaku płynu do mycia naczyń.

Do wyboru: gorąca herbata, kawa, z mlekiem lub bez, słodzona lub nie… bakalie…  cuda na kiju. Zestaw kosmetyków do wycierania bobasów. Po takim rozpoczęciu dnia nie mogło być źle.

Jutro nie umieraj nigdy

Już ok południa byliśmy na starcie Atlantic Way. Droga wiła się designersko umieszczona pośród lądu, półwyspu, wysp i oceanu. Malownicze mosty zawieszone nad tymi wodami często walczą z Posejdononem. Niestety tym razem pan oceanu spał pomrukując cicho małymi falami. Szliśmy pieszo czekając na słynny spektakl wiatru i morza, który widowiskowo próbuje zniszczyć „betonowe deski teatru”. Niestety ale „aktorzy” dziś zaspali. Spektakl się nie odbył. Obejrzeliśmy tylko pustą scenę i rozrzucone na brzegach rekwizyty.

IMGP4554

IMGP4543

Głodni wrażeń i żołądkowo też głodni, wlekliśmy się serpentynowym asfaltem skacząc po przydrożnych atrakcjach. Zeszliśmy do jednej z zatoczek i w szoku przystanęliśmy. Tony żywego jedzenia porastały nadwodne głazy i kamienie. Po ekskluzywnym śniadaniu nasze podniebienia bardzo szybko przyzwyczaiły się do wykwintnego jadła i tak tego wieczoru zapowiadała się wytworna kolacja z reklamówki pełnej świeżutkich małż. Jak się niebawem okazało to miała być prawdziwie elitarna śmierć…

O tym w kolejnym odcinku..

IMGP4599