Disco Crazy Box

 

czyli wielka tajemnica drogi na Rakoń, która prowadzi na…

Czy zdarzyło się Wam kiedykolwiek wylądować w miejscu totalnie innym od tego do którego zmierzaliście?Albo inaczej.. czy jechaliściekiedyś pociągiem do Szczecina żeby na końcu podróży wysiąść w Zakopanem?… – otóż nam tak i to zupełnie przypadkiem dowiedzieliśmy się kilka dni później, że byliśmy gdzieś indziej, czyli tak jakby wrócić z wycieczki do Zakopanego wierząc że to był Szczecin… oto uroki trzeciej wyprawy Ext®em Painting… zresztą przeczytajcie….

Zaczęło się zupełnie normalnie, zwyczajnie, wręcz monotonnie, skromnie że, aż słoma z butów… nic nie wskazywało, nawet  ospała pogoda, że ten dzień wielką niespodzianką zeń się stanie.

 

Nordic walking w butach narciarskich

Wystartowaliśmy Doliną Chochołowsky, która zbiera wciąż nowe lajki, zyskując gremia sympatyków z powodu swojego uroku, łatwej dostępności, możliwości wprowadzenia czworonożnego przyjaciela (nie mylić z mężem, który pomimo, iż czasem chodzi na czworakach to nie oznacza, że jest świnią zwierzęciem) psa, kota i świni a przede wszystkim dzięki polanom usłanym fioletowym dywanem krokusów. Dla nas tego dnia zyskała jeszcze jeden wymiar – bezlitosnej męczarni, a stało się to wszystko przez … o kuriozum płaski, prosty, ok. 7,5 km, odcinek asfaltowej drogi którą pokonaliśmy w zjazdowych butach narciarskich i oczywiście z nartami na plecach.

 

Nordic Asvalt Buting
Nordic Asvalt Buting

 

Stojąc na rozstaju dróg, z których jedna prowadziła do schroniska na Polanie Chochołowskiej, a druga na Rakoń (nasz cel podróży), zdegustowani, zawiedzeni i kontuzjowani przereklamowanym Nordic Walking’iem w narciarskich butach, walcząc do końca ze swoimi słabościami, zaczęliśmy zastanawiać się nad wyborem drogi – czy na piwo do schroniska, czy w górę? Tyle razy góry pozwalały doświadczać nam mistyki, lecz dzisiaj trywialnie mówiąc „zmieszały nas z gównem błotem”. To tak jak w ciągu życia, doświadczając chwil radości, sukcesu, szczęścia. Te pozytywne odczucia chcielibyśmy zakonserwować, aby zatrzymać ich ulotność, ale niestety w opozycji do rozkoszy zdarzają się również chwile trudne, nieprzewidywalne powodujące cierpienie. Otóż doświadczenia tego trudu, rozterek, bólu, stresu są odczuciami, niechcianymi, jednak dobrze wykorzystane powodują wzrost, ubogacenie osobowości, kształtują nasz charakter. I tak jest często w górach. Zazwyczaj kulminacja mistyki gór następuje na szczycie, gdzie człowiek pozbywa się bólu i trudu wędrówki, zostawiając ich cień na odbitych podczas podejścia śladach i z duchem chwilowo uwolnionym od ciężarów ziemskich unosi się w chwalebnym letargu …, właśnie w tym momencie wybudziliśmy się z tego letargu którego nie osiągnęliśmy, z politowaniem zerkając na siebie, ponieważ baterie były już na wyczerpaniu, a to była dopiero połowa trudności w drodze na Rakoń. Nagle z naprzeciwka nadjechała grupa skiturowców uprzedzając nas o bardzo ciężkich warunkach zjazdowych (mokrym i ciężkim śniegu uniemożliwiającym skręty). Znowu w naszych głowach pojawiła się chwila zawahania … Idziemy na przód do miejsca do którego będzie to możliwe. Taka decyzja padła i ruszyliśmy nie łatwą drogą. Nasze buty narciarskie zaczęły zapadać się w śniegu i musieliśmy wykrzesać z siebie jeszcze więcej sił niż poprzednio.

Dusza wstrząsa Ciało

Po minięciu górnej granicy lasu, pomimo wielkiego zmęczenia, nasze miny rozchmurzyły się. Naszym oczom ukazały się gniewne tego dnia góry.  Jak się okazało kilka dni później, zupełnie nieświadomi niczego ruszyliśmy tego dnia na Rakoń i dotarliśmy … pod Wołowiec .

IMGP3442
Wołowiec, 2064 m n.p.m.

Pewnie tego dnia zdobyliśmy Wołowiec, gdyby nie fakt, że w okolicach Smytni, na której się znajdowaliśmy zobaczyliśmy coś co nas sparaliżowało … ogromna lawina schodzącą z największego ze żlebów jakie znajdowały się w zasięgu naszego wzroku. Było w tej chwili coś z majestatu, wielkości, niedostępności gór. Coś co ciężko opisać. Coś co nie zdarza się często, a wyostrzając na moment wszystkie zmysły, bombarduje emocjami duszę, dusza natomiast wstrząsa ciało. Stoimy ze świadomością, że właśnie stało się coś bardzo ważnego … jednak Pan Teleexpress nawet nie piśnie o tym w swojej codziennej publicznej ramówce. Miejsce, w którym znajdowaliśmy się pozwalało nam bezpiecznie obserwować to widowisko z pozycji zaaferowanego i zaniepokojonego chwilowym zjawiskiem teatralnym widza, który nigdy czegoś takiego dotąd nie zobaczył. Efekt specjalny godny podziwu, nie powtarzalny, samoczynny, niebezpieczny ale zarazem wymowny i piękny. Zainspirowani chwyciliśmy za pędzle.

phendzling
phendzling

Zapomnieliśmy o szczycie w stronę, którego brnęliśmy. Obraz powstawał w ciężkich warunkach pojawiającej i znikającej mgły, mocnych porywów wiatru (dzieło „wyrywało się” ze sztalugi by przenieść się w inne przestworza) oraz przenikającego zimna. Nic nie było w stanie przeszkodzić naszemu skupieniu podczas odbywającej sie ulotnej sztuki „Lawina”, podczas ekstremalnego aktu przeniesienia jej na fizyczną materię. Gdy owa zmaterializowana wizja usatysfakcjonowała nasze oczy, brutalnie porzucając ten fragment twórczego aktu, wkroczyliśmy w drugi etap projektu extreme painting – ekstremalny zjazd z czoła lawiny.

Run RUN rara Rara

Na przeciwległym zboczu zobaczyliśmy kilku narciarzy, którzy ku naszemu zdziwieniu, zamiast zjeżdżać schodzili z nartami przytroczonymi do swoich plecaków. Zaraz przekonaliśmy się dlaczego. Faktycznie podczas jazdy łatwiej było skręcić kolano niż wjechać na prostą krzywą skrętu. Przekonaliśmy się, że czas trudności przygotowany na ten dzień nie skończył się. Walcząc z nartami topiącymi się w sorbetowym nie od Grycanek® śniegu dojechaliśmy do granicy lasu. Tu śnieg zmienił swoją konsystencję i już beztrosko sunęliśmy błądząc pośród leśnych krain i grających potoków przypominając sobie szmer schodzącej lawiny. Prosty odcinek drogi z schroniska na Polanie Chochołowskiej do wejścia do doliny postanowiliśmy pokonać również na nartach, patentując sposób jeżdżenia po lodowych, aftersamochodowych, wypełnionych wodą koleinach. Strumienie wybryzgującej na boki wody, mieszały się ze łzami śmiechu, a mozolna droga upłynęła szybko, niczym eksplozja mydlanej bańki…